3402 PDF

CZYTAJ ONLINE
Ebook download
3402

3402 pdf czytaj online lub pobierz na swoje urządzenie. Dokument został dodany przez użytkownika.
3402



Jeśli jesteś autorem/wydawcą i uważasz, że ktoś wgrał ten dokument bez pozwolenia oraz łamie on prawa autorskie, napisz na adres [email protected] i powiadom nas o tym, a my usuniemy zakazany plik w 24h.

 

3402

 

Pobierz PDF


 

3402 Ebook transkrypt - 20 pierwszych stron materiału:

 

DANIEL PENNAC WSZYSTKO DLA POTWORÓW (tłumacz: Ewa Wende) " (...) wierni wierzą, ze wystarczy, by jakiś święty po prostu był (...) bo wtedy grom dosięgnie jego zamiast ich RENE GIRARD Kozioł ofiarny "Źli ludzi na pewno zrozumieli coś, o czym dobrzy nie mają pojęcia." WOODY ALLEN 1 Z megafonu spływa kobiecy glos, lekki i obiecujący jak welon panny młodej. - Pan Malaussene jest proszony do działu reklamacji. Głos niczym mgiełka, zupełnie jakby zaczęły przemawiać zdjęcia Hamiltona. Jednak za mgłą panny Hamilton wyczuwam cień uśmiechu. No dobrze, idę. Może dotrę za tydzień. Mamy dwudziesty czwarty grudnia, jest szesnasta piętnaście. Dom Towarowy pęka w szwach. Gęsty tłum klientów obwieszonych prezentami tarasuje przejścia. Lodowiec, który wycieka niepostrzeżenie, posępna atmosfera nerwowości. Uśmiechy półgębkiem, błyszczące od potu twarze, głuche przekleństwa, nienawistne spojrzenia, piski przerażonych dzieci zaczepianych co krok przez jakiegoś brodatego świętego Mikołaja. - Nie bój się, kochanie, to święty Mikołaj. Lampy błyskowe. Co do świętego Mikołaja, to widzę jak, gigantyczny i przezroczysty, wznosi swą fantastyczną postać ludożercy ponad zastygłą ciżbą. Ma pąsowe wargi. Białą brodę. Dobrotliwy uśmiech. Z kącików jego ust sterczą dziecięce nóżki. To najnowszy rysunek Malca. Zrobił go wczoraj w szkole. Mina nauczycielki: "Uważa pan, że to normalne, żeby dziecko w tym wieku rysowało takiego Mikołaja?" "A święty Mikołaj - odpowiedziałem - uważa pani, że on jest całkiem normalny" Wziąłem Malca na ręce, aż kipiał z gorączki. Był tak rozpalony, że zapotniały mu okulary. Przez to jeszcze bardziej zezował. - Pan Malaussene jest proszony do działu reklamacji. Pan Malaussene słyszał, psiakrew! Jest już nawet pod głównymi schodami ruchomymi. I już by na nie wszedł, gdyby nie stanął jak wryty na widok czarnego pyska gwintowanego działa. Bo to we mnie celuje drań, ani chybi. Wieżyczka obróciła się wokół osi, znieruchomiała, potem lufa podniosła się, żeby wymierzyć mi między oczy. Wieżyczka i działo należą do czołgu AMX 30 zdalnie prowadzonego przez staruszka wzrostu metr czterdzieści, który manipulując przyrządem wydaje krótkie okrzyki zachwytu. Jest to jeden z niezliczonych małych staruszków od Tea. Naprawdę malutki, bardzo stary, rozpoznawalny po szarej bluzie. Teo tak ich ubiera, żeby żadnego nie tracić z oka. - Mówię po raz ostatni, dziadku, odłóżcie tę zabawkę na miejsce! Sprzedawczyni karci go, znużona, zza półki z zabawkami. Ma sympatyczny wygląd wiewiórki przechowującej orzeszki w policzkach. Staruszek popluwa dziecinnym nie, z kciukiem na przycisku "ogień". Trzaskam obcasami nienaganne baczność i powiadam: - AMX jest przestarzały, panie pułkowniku, dobry na złom albo do Ameryki Łacińskiej. Staruszek obrzuca swoje cacko zasmuconym spojrzeniem, po czym zrezygnowanym ruchem daje znak, że mogę przejść. Uśmiech sprzedawczyni obdarza mnie patentem z gerontologii. Cazeneuve, gliniarz odpowiedzialny za to piętro, wyrasta spod ziemi i wściekłym ruchem zabiera czołg. - Oczywiście, zawsze nas musisz w coś wpakować, Malaussene... - Zamknij się, Cazeneuve. Nastrój... Starzec, któremu odebrano zabawkę, stoi machając rękami. Z pewną ulgą daję się unosić schodom, jakby w nadziei, że wyżej będzie więcej powietrza. Wyżej natrafiam na Tea. Wciśnięty w garnitur koloru różowego flaminga czeka jak zwykle w kolejce do fotoautomatu. Uśmiecha się do mnie przyjaźnie. - Jeden z twoich dzidziusiów rozrabia w zabawkowym, Teo. - Tym lepiej. Przynajmniej w tym czasie nie sterczy z rozpiętym płaszczem pod jakąś szkołą. Uśmiech.za uśmiech. Potem, kątem oka, Teo pokazuje szklaną klatkę działu reklamacji. - Wygląda na to, że chodzi o ciebie. Rzeczywiście w lot pojmuję, że Lehmann już od jakiegoś czasu jest w swoim żywiole. Właśnie tłumaczy klientce, że to całkowicie moja wina. Z oczu damy krótkimi strumykami tryskają łzy. W kącie postawiła rozklekotany wózek z tłustym bachorem wpakowanym weń na siłę. Otwieram drzwi. Słyszę, jak Lehmann, tonem najszczerzej solidarnym, stwierdza: - Całkowicie się z panią zgadzam, to absolutnie nie dopuszczalne, zresztą... Zobaczył mnie. - Zresztą, otóż i on, zapytamy, co też o tym myśli. Jego głos zmienił rejestr. Ze współczującego przechodzi w zjadliwy. Sprawa jest prosta. Lehmann przedstawia mi ją ze spokojem hipnotyzera. Tłuste dziecko obrzuca mnie spojrzeniem radosnym jak cały ten nasz świat. No więc, trzy dni temu mój dział sprzedał ponoć obecnej tu pani lodówkę o takiej pojemności, że zmieściła się w niej piekielnie duża porcja dań wigilijnych na dwadzieścia cztery osoby, razem z przystawkami i deserem. "Piekielnie" jest, skądinąd, odpowiednim słowem, gdyż w nocy, z powodów, których wyjaśnienia Lehmann ode mnie oczekuje, rzeczona lodówka zamieniła się w spalarkę. Cud, że dama nie spłonęła żywcem otwierając rano drzwiczki. Rzucam krótkie spojrzenie na klientkę. Brwi, rzeczywiście, lekko zrudziałe. Przez jej gniew przebija cierpienie, co ułatwia mi przybranie pełnej skruchy postawy. Niemowlę patrzy na mnie, jakbym to ja był przyczyną wszelkiego zła. Mój wzrok z kolei zwraca się z niepokojem ku Lehmannowi, który skrzyżowawszy ramiona oparł się o kant biurka i mówi: - Czekam. Cisza. - Kontrola techniczna należy do pana, prawda? Przyznaję, chyląc głowę, i bełkoczę, że właśnie, nie rozumiem, testy kontrolne zostały zrobione... - Tak samo było z kuchenką gazową w zeszłym tygodniu i z odkurzaczem dla firmy Boery. We wzroku dzieciaka czytam jasno, że całą winę za zagładę malutkich fok w łonie matek ponoszę właśnie ja. Lehmann ponownie zwraca się do klientki. Dziękuje jej za to, że nie wahała się złożyć stanowczego zażalenia. (Na zewnątrz Teo wciąż czeka przed drzwiami fotoautomatu. Żebym tylko nie zapomniał poprosić go o odbitkę do albumu Malca.) Lehmann uważa, że do obowiązków klienteli należy współdziałanie w uzdrawianiu Handlu. Rozumie się samo przez się, że zażalenie zostanie uwzględnione i że Sklep dostarczy natychmiast inną lodówkę. - Jeśli chodzi o dodatkowe szkody materialne, na które pani sama i pani bliscy zostali narażeni (tak przemawia były podoficer Lehmann, a na dnie jego głosu dźwięczy wspomnienie starej kochanej Alzacji, gdzie doleciał był na "Bocianie" - zresztą napędzanym rieslingiem), to pan Malaussene będzie miał przyjemność je naprawić. Na swój koszt, naturalnie. - I dodaje: - Wesołych Świąt, Malaussene. Teraz, kiedy Lehmann odmalowuje przed nią moją karierę w firmie, kiedy mówi, że dzięki niej ta kariera się skończy, już nie gniew czytam w zmęczonych oczach klientki, ale zakłopotanie, a potem współczucie, które wyciska z oczu łzy: wkrótce zawisną, drżące, na koniuszkach rzęs. Gotowe, przyszedł czas, by uruchomić moją własną łzową sikawkę. Co też czynię, odwracając spojrzenie. Przez szybę zatapiam wzrok w Golfstrom płynący w Sklepie. Bezlitosne serce pompuje wciąż dodatkowe krwinki w pozatykane arterie. Wydaje mi się, że ludzkość cała pełznie, uginając się pod jednym gigantycznym prezentem. Śliczniutkie przezroczyste balony ulatują bezustannie znad dziani zabawek i gromadzą się tam, wysoko, pod matowym szklanym dachem. Światło dnia sączy się przez te wielobarwne grona. Piękne. Klientka na próżno usiłuje przerwać Lehmannowi, który kreśli bezlitośnie zarys mojego przyszłego życiorysu. Nienadzwyczajny. Ze dwa, trzy marne stanowiska, kolejne zwolnienia, w końcu bezrobocie, przytułek i w perspektywie wspólna mogiła. Kiedy wzrok klientki kieruje się na mnie, cały już tonę we łzach. Lehmann nie podnosi głosu. Metodycznie dokręca śrubę. To, co teraz widzę w oczach klientki, nie zaskakuje mnie. Widzę tam ją samą. Gdy tylko zacząłem płakać, postawiła się w mojej sytuacji. Współczucie. Wreszcie udaje się jej przerwać Lehmannowi, w chwili gdy ten nabiera powietrza. Cała wstecz. Wycofuje skargę. Wystarczy, że uwzględnimy zażalenie, niczego więcej nie żąda. Nie muszę zwracać za wigilię na dwadzieścia pięć osób. (W którymś momencie Lehmann na pewno wspomniał o moich zarobkach.) Miałaby do siebie żal, gdybym stracił posadę w przeddzień świąt. (Lehmann wymówił słowo Boże Narodzenie ze dwadzieścia razy.) Błąd może popełnić każdy, ona sama, nie tak dawno, u siebie w pracy... Pięć minut później opuszcza dział reklamacji z kuponem na nową lodówkę. Dziecko i wózek utknęły na chwilę w drzwiach. Klientka pcha z nerwowym chlipnięciem. Zostajemy z Lehmannem sami. Patrzę przez chwilę na jego gębę, która krzywi się w uśmiechu, po czym mając już wszystkiego serdecznie dosyć, mamroczę: - Niezła z nas banda drani, no nie? Otwiera szeroko tę swoją jadaczkę, żeby mi odpowiedzieć. Coś mu ją jednak zamyka To coś pochodzi z brzucha Sklepu. Głuchy wybuch. A potem ryk. 2 Rozpłaszczamy obaj nosy na szklanej szybie. Z początku nic nie widzimy. Dwa albo trzy tysiące poderwanych wybuchem balonów zasłania nam Sklep. Dopiero kiedy uniosą się powoli ku światłu, zobaczymy coś, czego ja wolałbym nie widzieć. - Cholera - mamrocze Lehmann. Wśród klientów panuje totalna panika. Wszyscy szukają wyjścia. Mocniejsi tratują słabszych. Niektórzy przebiegają bezpośrednio po ladach, w powietrzu fruwają tumany slipków i skarpetek. Tu i ówdzie jakiś sprzedawca albo kierownik piętra stara się zapobiec panice. Wysoki facet w fioletowej marynarce leży w poprzek gablotki z kosmetykami. Otwieram szklane drzwi działu reklamacji: jakbym otworzył okno w samym środku tajfunu. Sklep jest jednym wielkim rykiem. Głosik przez megafon obok mnie próbuje przywrócić spokój. Gdyby śmierć nie groziła od czegoś całkiem innego, można by umrzeć ze śmiechu, słysząc delikatny rozpylacz panny Hamilton pośród szalejącego huraganu. Na dole wojna. Na górze balony, znowu przezroczyste. Całe to przerażające widowisko tonie w wyjątkowo łagodnym różowym świetle. Lehmann dołączył do mnie i wrzeszczy mi w ucho: - Skąd ten ryk? Gdzie walnęło? Coś, jakby pozostałe po Indochinach podniecenie, pobrzmiewa w jego głosie starego wojaka. Nie wiem, gdzie walnęło. Stos ciał, najeżony od rąk i nóg, zatyka ruchome schody. Klienci wbiegają po cztery stopnie na schody, które jadą w dół, ale cofają się pod naporem fali płynącej z góry. Zanim się dogadają, wszyscy lądują z powrotem na dole i wpadają na ludzki korek. Wszystko to kłębi się i wyje. - Cholera - ryczy Lehmann - cholera, cholera, cholera... Skacze w stronę schodów, rozpychając się łokciami, dopada gałki wyłącznika i unieruchamia maszynę. W drzwiach fotoautomatu Teo ogląda pod światło swoją łepetynę w czterech egzemplarzach. Wydaje się zadowolony. Wyciąga do mnie jedno ze zdjęć: - Masz - mówi - do albumu Malca. A potem robi się spokojnie. Spokojnie, jako że, o dziwo, nic się dalej nie dzieje. Coś gdzieś wybuchło i tyle. Więc robi się spokojnie. A niebawem słychać słodką Hamilton, która uprasza naszą szanowną klientelę, aby bez paniki opuszczała Sklep, a naszych sprzedawców, by powrócili na swe stanowiska. I tak też się dzieje. Tłum odpływa łagodnie w stronę wyjść. Pozostawia za sobą wolną przestrzeń pełną butów, różnokolorowych paczek i porzuconych dzieci. Spodziewam się zobaczyć co najmniej setkę trupów. Ale nie, tu i ówdzie pracownicy pochylają się nad na wpół ogłuszonymi klientami, którzy w końcu podnoszą się i utykając idą w stronę drzwi. Niewielkie boczne drzwi są zarezerwowane dla policji. Toteż gliny wchodzą tamtędy. Kierują się wprost do działu zabawek. Działu zabawek! Z miejsca myślę o drobnej sprzedawczyni -wiewiórce i o staruszku od Tea. Pokonuję susami znieruchomiałe schody w przeczuciu, które jak wszystkie przeczucia jest fałszywe. Trupem okazuje się mężczyzna około sześćdziesiątki - sądząc po tym, co z niego wyleciało, musiał być brzuchaty. Niewiele brakowało, a wybuch rozerwałby go na dwie części. Wymiotuję, starając się, by nikt tego nie widział, i myślę o Lunie. O Lunie, Laurentym i o dziecku. Trzy razy dzwoniła: "Poradź mi, Ben. Jakie jest twoje zdanie?" Cóż ja ci mogę poradzić, moje biedactwo, wiesz, jak jest. Myśli zupełnie nie na miejscu, gdy rozerwanego klienta okrywają płachtami. - Niezbyt ładne, co? Niepozorny gliniarz obdarza mnie miłym uśmiechem. Zważywszy na mój nastrój, wolę to niż nic. Odpowiadam trochę przez wdzięczność, nieomal obojętnie: - Nie za bardzo. Pochyla głowę i mówi: - Ale ci samobójcy w metrze to było jeszcze gorsze! (Otóż i pociecha...) - Mięcho wszędzie, palce powkręcane w szprychy... Tak sobie gadam, bo jestem najmniejszy w brygadzie, a zawsze na mnie pada. To nie gliniarz, to strażak. Granatowy strażak z czerwoną obwódką. Naprawdę bardzo nieduży. Hełm, większy niż on sam, błyszczy u pasa. - Ale dopiero z takimi, co się spalą na szosie, nie idzie wyrobić. Smród długo trzyma. Siedzi we włosach ze dwa tygodnie. Nie ma już balonów w dziale zabawek. Eksplozja zdmuchnęła wszystkie. Są tam, wysoko, pod szkłem dachu. Ktoś przyprowadza moją małą wiewiórkę, która szlocha. Strażak pokazuje na przykryte ciało: - Zauważył pan? Miał rozpięty rozporek! (Nie. Nie zauważyłem. Nie.) Na szczęście głośniki nakazują, bym się rozstał z moim sympatycznym strażakiem. (Jakby gong kończący rundę, że tak powiem.) Teraz z kolei pracownicy są proszeni o opuszczenie Sklepu. Wymogi śledztwa. Wesołych Świąt. Wychodząc z działu zabawek łapię w locie różnokolorową piłkę i pakuję ją do kieszeni. Z tych przezroczystych, które odbijają się wielokrotnie. Staram się opatulić ją w papier w drukowane gwiazdki. Też powinienem podarować jakieś prezenty. Oddaję służbowy garnitur do szatni i wychodzę. Na ulicy zbity tłum oczekuje, że może cały Dom Towarowy wyleci w powietrze. Lodowate zimno uprzytamnia mi, że umierałem z gorąca. Mam nadzieję, że metro będzie puste, skoro tłum jest na ulicy. Niestety, jest także w metrze. 3 Mam kwaterę 3 na 6 na 9 w okolicy Pere-Lachaise, ulica Folies Regnault 78. W chwili gdy wchodzę, dźwięczy uparcie telefon. Jestem zawsze szybki, kiedy na mnie dzwonią. - Ben, nic ci nie jest? To Luna, moja siostra. - A co ma być? - Bomba w Sklepie... - Wszystko wysadzili. Ja jeden ocalałem. Śmieje się. Milknie. A potem mówi: - A propos wysadzania w powietrze, podjęłam decyzję. - W jakiej sprawie? - W sprawie małej bomby. Mam zamiar wysadzić mojego małego lokatora. Zabieg, Ben. Chcę zatrzymać Laurentego. Znowu milczenie. Słyszę, jak płacze. Ale gdzieś z oddali. Robi, co może, żeby to przede mną ukryć. - Posłuchaj, Luna. Posłuchaj o czym? Klasyczna historia. Ona, miła pielęgniarka, i on, przystojny lekarz, miłość od pierwszego wejrzenia, decyzja, że będą sobie patrzyć w oczy już do końca życia. Ale z biegiem lat myśl o tym trzecim staje się coraz bardziej natarczywa. Kobiecy apetyt na powielanie: Życie. - Posłuchaj, Luna... Słucha, ale ja się nie odzywam, więc w końcu ona się niecierpliwi. - Przecież słucham. No więc mówię. Mówię, że tego małego lokatora trzeba zatrzymać. Skoro pozbyła się poprzednich, bo nie kochała tatusiów, to chyba nie wyrzuci tego, bo kocha tatusia za bardzo. No? Luna? Bez żartów, przestań się wygłupiać. ("Sam przestań się wygłupiać", szemrze gdzieś we mnie znajomy głosik. Zupełnie jakbym słyszał Pozwólcie im żyć.) Alę ciągnę dalej, idę za ciosem: - W każdym razie już nigdy nie byłoby tak jak przedtem. Miałabyś Laurentemu do końca życia za złe, ja cię znam. Może nie będziesz wymachiwać przed nosem mordercy parą jajników jak sztandarem, ale nabierzesz do niego wstrętu. Rozumiesz, co chcę powiedzieć. Płacze, śmieje się, znowu płacze. Pół godziny! Ledwo odłożyłem słuchawkę, zupełnie wykończony, znowu brzęczy. - Halo, mój malutki, wszystko dobrze? Mama. - Wszystko dobrze, mamo, dobrze. - No coś podobnego, bomba w Sklepie. U nas by to nie było możliwe. Chodzi jej o uroczy sklep z artykułami żelaznymi na parterze, gdzie spędziłem dzieciństwo na tym, żeby nie nauczyć się majsterkowania. Sklep, który w końcu przybrał postać mieszkania dla dzieci. Zapomina o metalowej żaluzji u Morela, sklepikarza z przeciwka, zdmuchniętej od plastikowego ładunku w pewien czerwcowy poranek w sześćdziesiątym drugim. Zapomina o dwóch facetach w dwurzędówkach, którzy przyszli jej poradzić, żeby uważała na dobór klienteli. Urocza jest mama, nie pamięta wojen. - Dzieci mają się dobrze? - Dzieci mają się dobrze, są na dole. - Co robicie w Boże Narodzenie? - Spędzimy je we własnym gronie, to znaczy w piątkę. - Mnie Robert zabiera do Chalons. (Chalons-sur-Mame, biedna mama.) Mówię: - Brawo dla Roberta! Zaczyna się gruchanie. - Dobry z ciebie syn, mój malutki. (No to mamy dobrego syna.) - Reszta twoich dzieci też jest niezgorsza, mateczko. - To dzięki tobie, Beniaminku, zawsze byłeś dobrym synem. (Po gruchaniu łkanie.) - A ja was porzuciłam... (No to mamy niedobrą matkę.) - To nie jest porzucenie, mamo, to odpoczynek, odpoczywasz! - Co też ze mnie za matka, Ben, powiedz tylko, co za matka... Ponieważ już obliczyłem, ile czasu potrzebuje, by odpowiedzieć na własne pytania, kładę delikatnie słuchawkę, idę do kuchni i szykuję sobie wyśmienitą kawę po turecku z pianką. Kiedy wracam do pokoju, matka w telefonie nadal rozprawia o sobie... - ...to była moja pierwsza ucieczka, Ben, miałam trzy lata... Wypiwszy kawę odwracam filiżankę do góry dnem i stawiam ją na spodku. Z gęstych fusów Teresa mogłaby wywróżyć przyszłość całej dzielnicy. - ...to było dużo później, miałam osiem, a może dziewięć lat...Ben, słuchasz mnie? Tę właśnie chwilę wybiera domofon, żeby zaskrzeczeć. - Słucham cię, mamo, ale muszę kończyć, dzieciaki dzwonią z dołu! No, odpoczywaj zdrowo i pamiętaj, brawo dla Roberta! Odkładam jedną słuchawkę i podnoszę drugą. Cierpki głos Teresy wwierca mi się w bębenki. - Ben, Jeremiasz daje nam popalić, nie chce odrabiać lekcji! - Uważaj, jak się wyrażasz, Teresa. Nie używaj tego języka, co twój brat. Teraz właśnie eksploduje głos brata. - To ta cipa daje popalić, nic nie potrafi wytłumaczyć! - Uważaj, jak się wyrażasz, Jeremiasz, nie używaj tego języka, co twoja siostra. I daj mi Klarę, dobra? - Beniamin? Ciepły głos Klary. Zielony aksamit, dobrze naciągnięty, po którym każde słowo toczy się z cichą oczywistością bielutkiej kuli. - Klara? Jak tam Malec? - Gorączka spadła. Ale wezwałam ponownie Laurentego, mówi, że dzieciak musi ze dwa dni posiedzieć w cieple. - Narysował jeszcze jakieś Świąteczne Potwory? No i głosik Malca. - Z tuzin, ale są o wiele mniej czerwone. Sfotografowałam je. Ben, zrobiłam zapiekankę na dziś wieczór. Będzie gotowa za godzinę. - Przyjdę. Daj Malca. - Tak, Ben? - Nic. Tylko chciałem ci powiedzieć, że mam nowe zdjęcie Tea do twojego albumu i że dziś wieczorem opowiem wam nową historię. - Historię o potworze? - Historię o bombie. - Aha? Też super... - Teraz muszę z godzinkę pospać. Kto się zbliży do domofonu, zabij. - Dobrze, Ben. Odkładam słuchawkę i opadam na wyrko, zasypiając, zanim głowa zetknie się z poduszką. Godzinę później budzi mnie wielki pies. Zaatakował z flanki. Od ciosu sturlałem się pod łóżko i zatrzymałem pod ścianą. Korzysta z tej okazji, by mnie całkowicie unieruchomić i zabrać się do robienia mi toalety, rano nie miałem na to czasu. Sam cuchnie jak miejskie wysypisko śmieci. Jęzor zalatuje mu jakby zjełczałym rybskiem, tygrysią spermę, całym pieskim Paryżem. Mówię: - Prezencik? Wykonuje skok do tyłu, siada na swym nieopisanym dupsku i, z wywieszonym ozorem, patrzy na mnie spuściwszy łeb. Szperam w kieszeni marynarki, wyciągam opakowaną piłkę, pokazuję mu i mówię: - Dla Juliusza. Wesołych Świąt. Na dole, w dawnym sklepie z artykułami żelaznymi, muszkatołowa woń zapiekanki jeszcze długo wisi w powietrzu, kiedy dzieci są już ze mną w samym sercu opowieści. Oczy nad piżamami wsłuchują się we mnie, a nogi bujają w powietrzu pod piętrowymi łóżkami. Jestem właśnie w momencie, gdy Lehmann przeciera sobie szlak do oszalałej zjeżdżalni. Odgarnia tłum na boki potężnym mechanicznym ramieniem, które mu na tę okoliczność wymyślam. - Jak stracił własną rękę? - przerywa mi krótko Jeremiasz. - W Indochinach, na drodze do Dalatu, na trzysta siedemnastym kilometrze, w zasadzce. Jego ludzie tak go kochali, że dali drapaka, zostawiając go sam na sam z tą ręką, która już leżała osobno. - I jak z tego wyszedł? - Po trzech dniach kapitan z jego kompanii sam po niego wrócił. - Po trzech dniach? A co on jadł przez te trzy dni? - pyta Malec. - Swoją rękę! Zręczna odpowiedź, która zadowala wszystkich: Malec ma swojego potwora, Jeremiasz opowieść o wojnie, Klara porcję humoru. Co do Teresy, to sztywna jak protokolantka przy biurku stenografuje jak zwykle moje opowiadanie w całości, wraz z dygresjami. To dla niej doskonały trening do tej szkoły dla sekretarek. Przez dwa lata nocnych ćwiczeń przepisała już Braci Karamazow, Moby Dicka, Fantazję u Pluków, Gostę Boerlinga, Asfaltową dżunglę plus dwa albo trzy produkty mojej własnej piwniczki umysłowej. Opowiadam zatem aż do chwili, gdy mruganie powiek wskazuje, że baterie się wyczerpały. Kiedy zamykam za sobą drzwi, choinka migocze w ciemności. Nieźle z tego wybrnąłem. Ani przez chwilę nie pomyśleli, żeby się rzucić na prezenty. Oprócz Juliusza, który od dwóch godzin biedzi się, jak rozwinąć swoją paczkę nie rozdzierając papieru. 4 Zdarzenie następne zapowiada dźwięk dzwonka nazajutrz, dwudziestego piątego grudnia, o ósmej rano. Mam zamiar ryknąć: "Wejść, otwarte!", ale powstrzymuje mnie pewne niedobre wspomnienie. W taki właśnie sposób w zeszłym tygodniu Juliusz i ja stanęliśmy oko w oko z trumną z jasnego drewna, ustawioną na środku korytarza - przy trumnie trzech cokolwiek zaambarasowanych tragarzy. Najmizemiejszy rzekł z prostotą: - My po trupa. Juliusz jednym susem schował się pod wyrko, a ja - włosy na sztorc, mętne spojrzenie - pokazałem niepocieszony na moją piżamę: - Wpadnijcie znowu za pięćdziesiąt lat, nie jestem całkiem gotów. No więc dzwonek. Wlokę się do drzwi, za mną Juliusz, który zawsze lubi zawierać znajomości. Niezły byk - same mięśnie - w lotniczej bluzie z futrzanym kołnierzem stoi przede mną jak irlandzki spadochroniarz zrzucony na okupowaną Francję. - Inspektor praktykant Caregga. Awans od pałki do wiecznego pióra. Ledwo ta masa wtoczyła się do środka, a już Juliusz wwierca mu mordę między pośladki. Gliniarz siada pośpiesznie, bynajmniej nie waląc mojego psa w pysk. Może ten szczegół sprawia, że proponuję: - Kawy? - Jeżeli pan robi dla siebie... Idę do kuchni. Gliniarz pyta: - Nigdy pan nie zamyka drzwi? - Nigdy. Myślę: "Nie mogę ze względu na swobodę seksualną mojego psa", ale tego nie mówię. - Mam tylko kilka pytań. Rutyna. Dokładnie tego się spodziewałem. Budzonko dla przykładnych pracowników Sklepu. W pierwszej kolejności wizyta gliniarzy u dziesięciu działaczy związkowych i tuzina przyjemniaczków niezrzeszonych. Prezent gwiazdkowy Dyrekcji dla jej drogich podopiecznych. - Pan żonaty? Osłodzona woda śpiewnie szumi w miedzianej maszynce. - Nie. Wsypuję trzy łyżeczki mielonej tureckiej kawy i powolutku mieszam, aż stanie się aksamitna jak głos Klary. - A dzieci tam, na dole? Stawiam maszynkę na ogniu i czekam, aż kawa podejdzie pod wierzch, bacząc, by się nie zagotowała. - Przyrodni bracia i siostry, dzieci mojej matki. Podczas gdy ołówek czerni papier w notesiku, inspektor Caregga zadaje następne pytanie: - A ojcowie? - Rozproszeni. Rzucam okiem przez drzwi do kuchni, Caregga zapisuje, że moja biedna matka rozprasza mężczyzn. Następnie zjawiam się z dzbankiem i filiżankami. Leję gęsty wywar. Powstrzymuję wyciągniętą rękę inspektora. - Niech pan zaczeka, fusy muszą opaść na dno. Fusy opadają. Juliusz, siedzący przy jego nodze, pożera go wzrokiem. - Jaką ma pan funkcję w Sklepie? - Daję się ochrzaniać. Ani mrugnie. Zapisuje. - Poprzednie miejsce pracy? O kurczę, lista będzie długa: magazynier, barman, taksówkarz, nauczyciel rysunku w instytucji religijnej, sondażysta w branży mydeł toaletowych, na pewno jeszcze o czymś zapomniałem, no i kontroler techniczny w Sklepie, moja ostatnia robota. - Od? - Od czterech miesięcy. - Podoba się panu? - Tak sobie. O wiele za dobrze płatna jak na to, co wykonuję, ale za mało jak na to, ile się upieprzę. (Trzeba, u licha, podnieść poziom rozmowy!) Notuje. - Nic pan wczoraj nie zauważył niezwykłego? - A jakże! Bomba wybuchła. Tym razem jednak podnosi głowę. Ale dokładnie tak samo bezbarwnym tonem uściśla: - Chodzi mi o czas przed wybuchem. - Wtedy też nic. - Podobno był pan trzykrotnie wzywany do działu reklamacji? Ano właśnie. Opowiadam mu o kuchence, odkurzaczu i piromańskiej lodówce. Grzebie w wewnętrznej kieszeni i rozkłada przede mną plan Sklepu. - Gdzie znajduje się dział reklamacji? Pokazuję. - Przechodził pan więc co najmniej trzy razy obok działu zabawek? Ale dedukuje, zuch! - Istotnie. - Czy pan tam przystawał? - Tak, przez dziesięć sekund za trzecim nawrotem. - Nic pan nie zauważył specjalnego? - Poza faktem, że celowano do mnie z AMX 30, nic. Zapisuje w milczeniu, zakłada skuwkę na pióro, wypija kawę jednym haustem, razem z fusami, wstaje i mówi: - To by było wszystko. Proszę nie wyjeżdżać z Paryża, mogą być jeszcze pytania, do widzenia, dziękuję za kawę. No i tyle. Nie tylko w filmach zdarza się, że człowiek siedzi i długo patrzy na zamknięte drzwi. Juliusza i mnie urzekła szczera natura inspektora Careggi. Przed chłopakiem stoi wielka przyszłość w brygadzie rozrywki. Ale za to mam już bajeczkę, którą dziś wieczorem zaserwuję dzieciakom: o tym, co powyżej, tyle że odpowiedzi będą eksplodować jedna po drugiej, pełne błyskotliwego humoru, a rozstanie przebiegnie w atmosferze nienawiści, nieufności i podziwu; gliniarzy będzie dwóch, dwóch drani mojego własnego pomysłu, których dzieci dobrze już znają: jeden mały, kudłaty, nieopisanej brzydoty, jak hiena, i olbrzymi łysol - z wyjątkiem pary baków, które niczym wykrzykniki rysują się na jego potężnych szczękach. - Dżib Hiena i Pat Bako! - zawyje Malec. - Dżib Hiena z imienia i z wyglądu - dopowie Jeremiasz. - Pat Bako z imienia i z fryzury - dorzuci Malec. - Gorszy od Eddiego Trumny i bardziej nieobliczalny niż Drewniany Czech. - Czy są zaprzyjaźnieni? - zapyta Klara. - Nie rozstają się od piętnastu lat - odpowiem - ratowali sobie wzajemnie życie niezliczoną ilość razy. - Jaki mają wóz? - spyta Jeremiasz, który uwielbia, żeby mu odpowiadać na pytania. - Peugeota 504, różowy kabriolet, sześć cylindrów w V, niebezpieczny jak rekin. - Spod jakiego są znaku? - zapyta Teresa. - Spod Byka, obydwaj. Kiedy po wyjściu Careggi idę do dzieci, choinka jaśnieje całym, jak to się mówi, swoim blaskiem. Jeremiasz i Malec wydają okrzyki, niczym mewy wśród oceanu papierów po prezentach. Teresa, z brwiami zmarszczonymi jak prawdziwy zawodowiec, przepisuje moją wczorajszą opowieść na nowiutkiej maszynie z karbowaną gałką. Luna - przyszła do nas w odwiedziny - ogląda scenę rodzinną ze łzą w oku, stopy rozstawiła, jakby była w szóstym miesiącu. Odnotowuję nieobecność Laurentego. Klara płynie mi na spotkanie w dżersejowej sukni, wygląda zgrabnie jak płomyczek. Trzyma w ręku starą Leicę, której mi milcząco od lat zazdrościła i z którą w końcu dla niej się rozstałem uwzględniwszy jej namiętność do zdjęć. Sukienkę wybrał Teo. W tej dziedzinie zawsze należy ufać mężczyznom, którzy wolą mężczyzn. (A może to przesąd.) - Masz, Beniamin, prezent dla ciebie. To, co Klara mi podaje, jest ładnie zapakowane. W kartonowym pudełku, w bibułce, para bamboszy nadziewanych futrem jak kremem. Dokładnie to, o co mi chodziło. Tak jest, mamy Boże Narodzenie. 5 Następnego dnia, dwudziestego szóstego, powrót do pracy. Jak co dzień Juliusz towarzyszy mi do metra Pere-Lachaise, po czym udaje się na podryw po Belleville, podczas kiedy ja zajmuję się zarabianiem na jego michę. W oślinionych szczękach od przedwczoraj wieczór siedzi nowiutka piłeczka. Gazeta, którą kupuję, rozwodzi się obszernie na temat strasznego zamachu w Sklepie. Ponieważ jedna ofiara to niewiele, autor artykułu opisuje, czego moglibyśmy być świadkami, gdyby ich było tuzin. (Chcesz zobaczyć prawdziwy sen, to się obudź...) Następnie pismak poświęca jednak parę wierszy biografii zmarłego. Był to porządny człowiek, właściciel warsztatu samochodowego w Courbevoie, sześćdziesięciodwulatek, którego sąsiedzi serdecznie opłakują, ale który "szczęśliwie" był kawalerem, bezdzietnym kawalerem. Nie, nie przywidziało mi się, naprawdę przeczytałem "szczęśliwie kawalerem i bezdzietnym". Rozglądam się dookoła: fakt, że Pan Bóg Przypadek w pierwszej kolejności zabija "szczęśliwie" kawalerów, nie wydaje się nikomu psuć dobrego samopoczucia w rodzinnym sosie metra. Wprawia mnie to w tak dobry humor, że wysiadam przy Republice, zdecydowany odbyć resztę drogi na piechotę. Zimowy poranek, ponury, lepki, lodowaty. Zatłoczony Paryż jest kałużą żółtą od klejących się do niej świateł. Bałem się, że się spóźnię, ale Sklep jest jeszcze bardziej spóźniony ode mnie. Ze swymi żelaznymi żaluzjami spuszczonymi na wielkie szyby wystawowe robi wrażenie poddanego kwarantannie. Z podziemnych kotłów wydobywa się para i rozchodzi w porannej mgle. Gdzieniegdzie jednak niewielkie prześwity dają znać, że serce bije. Wchodzę więc i natychmiast zalewa mnie potok światła. Za każdym razem ten sam szok. Na zewnątrz jest ciemno i ponuro, a w środku lśni. Cały ten blask - który bezgłośną kaskadą spływa z wyżyn Domu Towarowego, odbija się od luster, mosiądzów, szyb, sztucznych kryształów, wlewa pomiędzy rzędy stoisk, obsypując człowiekowi duszę jak pył - cały ten blask nie tyle świeci, co stwarza pewien świat. O tym to dumam, podczas gdy gliniarz zręcznymi palcami przeszukuje mnie od stóp do głów, by stwierdzić, że nie jestem bombą atomową, i przepuścić. Nie przyszedłem jako pierwszy. Większość pracowników zgromadziła się już w przejściach na parterze. Patrzą w górę. Przede wszystkim kobiety. Oczy błyszczą im podejrzanie, jakby słuchały Ducha Świętego. Wyżej, na mostku kapitańskim, grucha do mikrofonu Sinclair. Oddaje honor "podziwu godnej postawie personelu" podczas ostatnich "wydarzeń". Zapewnia o pełnym współczuciu Dyrekcji dla Chantredona, faceta, który przeleciał przez gablotę z kosmetykami i leczy swe rany w szpitalu. Przeprasza tych, którym policja złożyła wczoraj wizytę. Wszyscy pracownicy muszą przez to przejść "z Dyrekcją włącznie", ale jedynie po to, by "wnieść do śledztwa wszystkie elementy niezbędne do jego pomyślnego zakończenia". Jeśli chodzi o niego, Sinclaira, to ani przez chwilę nie sądzi, żeby zamach mógł zostać dokonany przez .jednego z moich współpracowników". Nie jesteśmy bowiem jego "pracownikami", ale właśnie jego "współpracownikami", jak to uroczyście oznajmił na posiedzeniu Rady Nadzorczej. Wielkie przeprosiny dla "współpracowników" za małe przeszukanie przy wejściu. On sam go nie uniknął, a i klienci będą musieli mu się poddać, dopóki trwa śledztwo. Patrzę na Sinclaira. Młody. Przystojny. Wspiął się szybko. Stanowi pewien autorytet. Ma dyplom renomowanej wyższej uczelni ekonomicznej, gdzie przede wszystkim nauczyli go, jak umiejętnie wykorzystywać swój głos i jak się ubierać. Reszta przyszła sama. Przemawia wręcz czule, a spod blond kosmyka sączy się łagodne spojrzenie zabarwione smutkiem. Sinclair nie pasuje do Sklepu. Otaczający go pracownicy, szef personelu, kierownicy pięter, wyszkoleni na medal bardziej się nadają do swojego zawodu. Stoją wszyscy pod sznurek, wzdłuż pozłacanej balustrady na pierwszym piętrze. Mają okolicznościowe miny. Dobrze nadstawiwszy ucha można by usłyszeć, jak na ich odpowiedzialnych piersiach wyrastają odznaczenia. Na samą taką myśl bierze mnie śmiech. Śmieję się. Stojący przede mną facet się odwraca. To Lecyfre, delegat związkowy w całości i w szczegółach. - Wystarczy, Malaussene, zamknij buzię. Mój wzrok spoczywa na tym tłumie w stanie ekstazy, potem na ogolonym karku Lecyfre'a, potem znów na trybunie oficjalnej. Bez gadania, ma talent ten Sinclair. Zrozumiał coś, czego ja nie zrozumiem nigdy. Zostawiam nabożeństwo własnemu biegowi i udaję się do szatni. Otwieram swoją metalową szafkę i wyjmuję służbowy garnitur. Nie jest moją własnością. Pożyczka firmy. Ani zanadto staroświecki, ani zanadto modny. Lekki ślad szarzyzny, czegoś tracącego myszką, zbyt porządnego. Wygląda tak, że ktoś, kto go nosi, chętnie już by sobie kupił drugi. Trzymam garnitur na odległość wyciągniętej ręki, jakbym wkładał go pierwszy raz. Z zamyślenia wyrywa mnie szyderczy głos: - Dojrzałeś, Ben? Chcesz się zamienić na któryś z moich? To Teo, dziś na odmianę wystrojony od Ceruttiego. Tak często się przebiera przed swoimi posiedzeniami w fotoautomacie, że jego szafa pęka w szwach, toteż zaanektował także i moją. Klucz jest wspólny. Codziennie rano siłą wyciągam moje ubranie służbowe spomiędzy jego makaroniarsko-hollywoodzkiej garderoby. - Bez żartów, chcesz jeden? Obsłuż się! Odmawiam ruchem dłoni. - Dziękuję, Teo, zważywszy, jaki to wesoły mundurek, zastanawiałem się właśnie, czy jestem rzeczywiście stworzony do tej roboty. Gęba aż mu się śmieje. - Codziennie, kiedy patrzę na moją garderobę, zadaję sobie dokładnie to samo pytanie. Mówię sobie, że urodziłem się heteroseksualistą, a jest ze mnie pedał. Co mówiąc, udaje się ze mną do podziemia, krainy majsterkowiczów, jego królestwa. Melduje się tu codziennie rano na dobre pół godziny przed sprzedawcami. Kontroluje puste przejścia, jak Napoleon szeregi poborowych przed hekatombą. Nieobecność na apelu najmniejszej wkrętki zauważa błyskawicznie, najdrobniejszy ślad nieporządku w gablotach sprawia mu dotkliwy ból. - Moi staruszkowie straszliwie tu bałaganią. Wzdycha. Odkłada rzeczy na miejsce. Mógłby całe podziemie uładzić z zamkniętymi oczami. To jego rewir. Kiedy znajdziemy się tutaj tylko my dwaj, jest cicho jak przed stworzeniem świata. - Klarze podobała się suknia? - Cudeńko odziane w cudeńko, Teo. Mówimy szeptem. Znajduje elektryczną pozytywkę w pojemniku na kółka do foteli. - Moim starym, widzisz, przede wszystkim nawala pamięć. Łapią byle co i odkładają byle gdzie, żeby natychmiast zwinąć coś innego. Zachłanni i nienasyceni jak bachory... Królestwo Tea istnieje od czasów, kiedy był jeszcze szeregowym sprzedawcą narzędzi. Miał tak dobre serce dla różnych okolicznych wapniaków, że mogli sobie spokojnie przychodzić i całymi dniami majsterkować na stołach, toteż było ich coraz więcej. - Sam pochodzę z ulicy, wiem, co to znaczy. Nie chcę ich tak zostawić, mogliby zejść na złą drogę. Tak odpowiada tym, którzy narzekają na tę inwazję stulatków. - Tutaj mają poczucie, że budują sobie jakiś świat, nie odbierają nikomu chleba. Im wyżej w hierarchii wznosił się Teo, tym wyraźniej zwiększała się liczba staruszków. Niektórzy przybywali z najbardziej oddalonych przytułków. Od kiedy zaś Sinclair mianował go Cesarzem Działu Majsterkowania (nie tylko potrafi zbudować Paryż z byle czego, ale nadto sprzeda maszynę do strzyżenia trawy komuś, kto akurat przyszedł po wyposażenie łazienki), całe podziemie należy do staruszków Tea. - Czują przedsmak ich raju. - Skąd wytrzasnąłeś te szare bluzy? - Zlikwidowano sierociniec obok mnie. Kiedy je mają na sobie, przynajmniej zawsze wiem, gdzie są. W południe, w małej restauracyjce, dokąd uciekamy, by nie jeść w stołówce, Teo wybucha nagle szalonym śmiechem. - Wiesz co? - Co? - Lehmann rozpuszcza plotki, że jestem gerontofilem. Jakby pedalstwo w spóźnionym wieku, kapujesz? (Poczciwina ten Lehmann...) - Aha, a propos pedalstwa, daj to Malcowi do jego albumu. Jest to nowe zdjęcie. Teo w wiśniowym garniturze z jedwabnego weluru, w butonierce mimoza. Na odwrocie napis, który Malec starannie przekaligrafuje. Tak wygląda Teo-statek spacerowy. Niech zrozumie, kto potrafi. Teo rozumie. Oraz jego niezliczeni przyjaciele, którzy znajdują te fotograficzne przesłania przypięte na jego drzwiach, kiedy nie ma go w domu. A Malec? Czy powinienem mu zabronić tego kolekcjonowania? Wiem, że dzieciaki to nie branża Tea, ale mimo wszystko... 6 Wczesnym popołudniem w przegródce wylądowały już ze dwie, trzy reklamacje - jedna ciężkiego kalibru, z okolicy mebli sypialnianych. Lehmann każe mnie wezwać. Przechodzę obok zabawkowego. Ani śladu po wybuchu. Lada nie została zreperowana, ale w nocy wymieniona. Na identyczną, dokładnie taką samą. Dziwne uczucie, jakby eksplozji nie było, jakbym padł ofiarą jakiegoś zbiorowego przywidzenia. Jakby ktoś chciał mi wyciąć kawałek pamięci. Takie deprymujące myśli, podczas gdy za sprawą ruchomych schodów dział zabawek pogrąża się w zatłoczonych czeluściach Domu Towarowego. Facet, który złorzeczy Lehmannowi, ma tak szerokie ramiona, że blokuje oszklone drzwi w całości. Z takimi plecami można spowodować zaćmienie słońca. Zrazu nie widzę głowy Lehmanna. Sądząc po drganiu mięśni pod bluzą klienta i żyle pulsującej pod zaczerwienioną skórą szyi, sytuacja Lehmanna nie jest łatwa. To coś, co przed nim stoi, nie należy bynajmniej do gatunku olbrzymów dobrotliwych. Sangwinik, który nie podnosi głosu. Tacy są najgorsi. Nie postąpił ani kroku naprzód. Zamknął za sobą drzwi i mamrocząc wylewa swoje żale z palcem wyciągniętym w kierunku Lehmanna. Pukam dyskretnie trzy razy. Cichutkie puk, puk, puk. - Wejść! Rety, w głosie Lehmanna brzmi niepokój. Mastodont nie odwracając się sam otwiera drzwi. Przemykam pomiędzy jego ręką a futryną z lękliwą zręcznością zbitego psa. - Trzy dni szpitala i dwa tygodnie zwolnienia zarobi ten wasz kontroler techniczny. To głos klienta. Opanowany, jak się spodziewałem, i pełen groźnej determinacji. Nie przyszedł się uskarżać ani dyskutować, ani nawet żądać - przyszedł egzekwować swoje prawo siłą, i już. Wystarczy raz spojrzeć, by zrozumieć, że nigdy nie funkcjonuje inaczej. Wystarczy spojrzeć po raz drugi, by stwierdzić, że to go nie zaprowadziło zbyt wysoko w hierarchii społecznej. Chyba doskwiera mu serce. Ale Lehmann nie czuje tych rzeczy. Przyzwyczajony do rozdawania ciosów obawia się tylko jednego: że sam oberwie. W tej zaś kwestii klientowi można na pewno zaufać. Nadaję wyraz takiej grozy moim oczom, że Lehmann zbiera się wreszcie na odwagę, by mnie wtajemniczyć w sprawę. Krótko mówiąc, pan Jakmutam, tu obecny, z zawodu nurek morski (po co ten szczegół? żeby udokumentować mięśnie?), zamówił w zeszłym tygodniu łóżko metr czterdzieści w dziale mebli drewnianych litych. - Lite drewno to przecież pański dział, Malaussene? Moje nieśmiałe przytaknięcie. - A więc zamówił łóżko metr czterdzieści, orzech rzeźbiony, model TP 885 w pańskim dziale, panie Malaussene, łóżko, w którym obie nogi u wezgłowia złamały się przy pierwszym użyciu. Przerwa. Rzut oka na nurka, którego dolna szczęka masakruje drobinę gumy do żucia. Rzut oka na Lehmanna, który jest zadowolony, że może przekazać pałeczkę mnie. - Gwarancja - powiadam. - Gwarancja swoją drogą, ale pan za co innego odpowiada, w przeciwnym razie nie wezwałbym pana. Zbyt to, jak na mnie, skomplikowane. - W tym łóżku był jeszcze ktoś. Takiej przyjemności Lehmann, nawet maksymalnie spietrany, sobie nie daruje. - Pewna młoda osoba, jeśli pan wie, co... Reszta zdania ulatnia się jednak pod tnącym jak brzytwa spojrzeniem olbrzyma. On zaś lakonicznie kończy: - Jeden obojczyk i dwa żebra. Narzeczona. W szpitalu. - Oooch! Wydałem prawdziwy okrzyk. Okrzyk bólu. Na który obaj podskoczyli. - Oooch! Jakby mi ktoś dal kuksańca w żołądek. Następnie wciskam łokieć między żebra i oto robię się blady jak prześcieradło. Tym razem Herkules postępuje jednak krok do przodu, a nawet czyni gest, jakby próbował mnie podtrzymać na wypadek, gdybym miał zemdleć. Zdławiony głos, zaczynam się dusić. Chwieję się i opieram o biurko Lehmanna. - Zrobiłem coś takiego? Samo wyobrażenie sobie, jak ta góra miecha spada z wysokości swojej trampoliny na ciało Luny albo Klary i łamie im wszystkie kosteczki, wystarczy, żeby wydusić ze mnie niepodrabiane, gwarantowane łzy. Z zalaną twarzą pytam: - Jak się nazywała? Reszta idzie jak po maśle. Szczerze przejęty moim wzruszeniem pan Mięsień z miejsca wypuszcza powietrze. Nadzwyczajne. Prawie że rysuje się kształt jego serca. Lehmann natychmiast z tego korzysta i oskarża mnie. Składam dymisję szlochając. Lehmann szydzi, że to byłoby zbyt proste. Uderzam w ton błagalny dowodząc, że Sklep nie może naprawdę niczego oczekiwać po takim zerze jak ja. - Bycie zerem kosztuje, Malaussene! Jak każda inna rzecz. Drożej niż inne rzeczy! I proponuje mi za bycie zerem cenę tak wygórowaną, że potężny klient przemierza nagle cały pokój i opiera obie pięści na biurku. - Rajcuje ci męczyć tego faceta? "Ten facet" to ja. No proszę, i oto znalazłem się pod ochroną Jego Wysokości Mięśnia. Lehmann wolałby, żeby jego fotel był głębszy. Tamten wyjaśnia, że już w szkole go wkurzało, kiedy jakiś cwaniaczek dobierał się do skóry słabszemu od siebie. - Więc uważnie mnie wysłuchaj, dobry człowieku. "Dobry człowiek" to Lehmann. W kolorze wosku. Takiego na świece, które ludzie zapalają wtedy, kiedy chcą, żeby coś się skończyło. To, czego Lehmann ma wysłuchać, jest proste. Po pierwsze, tamten wycofuje skargę. Po drugie, przyjdzie niezadługo, żeby sprawdzić, czy ja nadal pracuję. Po trzecie, jeśli mnie nie będzie, jeżeli Lehmann mnie wyrzuci... - Zgniotę cię tak jak toto! "Toto" jest śliczną hebanową linijką Lehmanna, kolonialną pamiątką, która właśnie pękła w palcach mojego wybawcy. Lehmann dochodzi do siebie dopiero wtedy, kiedy ruchome schody unoszą ostatni centymetr sześcienny olbrzyma. Dopiero wtedy wali się po udzie i zaczyna chichotać jak wariat. Nie podzielam jego wesołości. Nie tym razem. Wysłuchałem uważnie do końca tyrady Umięśnionego. "Nie pozwól, żeby te gnoje wypijały z ciebie krew, nie daj się, mały", tak mi na odchodnym powiedział, a ja znów zacząłem rozmowę z samym sobą, jakbym był kimś innym. Umięśniony myślał, że oto dobierze się do skóry wielkiemu Domowi Towarowemu, jakiemuś imperium, albo przynajmniej kontrolerowi technicznemu, potężnej, abstrakcyjnej Instytucji, i na to się szykował. Samotny chwat, gotów w pojedynkę rzucić na kolana cały garnizon. A tu trafia na niedużego typka w nieokreślonym wieku (yourself, Malaussene), który wygląda, jakby zaraz miał umrzeć i, biedny frajer, topnieje jak zwykle z nadmiaru dobroci. Kiedy mój nurek odwrócił się wychodząc, spojrzałem na jego buty i pomyślałem: "Mam nadzieję, że twoje płetwy są w lepszym stanie." Teraz ja z kolei otwieram drzwi: - Starczy na dzisiaj, Lehmann, wracam do siebie. W razie potrzeby Teo mnie zastąpi. Śmiech więźnie Lehmannowi w gardle. - Ta ciota nie za to bierze pieniądze! - Nikt nie powinien za to brać pieniędzy. Uśmiecha się z całą pogardą, na jaką go stać, nim odpowie: - W pełni podzielam twoje zdanie. (Oj, należałoby ci się to mechaniczne ramię, panie Cipowski). Kiedy ponownie schodzę na dół, w dziale zabawek jest czarno od ludzi. - Pierwszy raz sprzedajemy więcej dwudziestego szóstego grudnia niż dwudziestego czwartego! Uwaga pochodzi od małej rudej z głową wiewiórki. Mówi tak do koleżanki, podobnej z kolei do łasiczki, która pakuje boeinga 747. Jej długie palce ślizgają się z fantastyczną szybkością po granatowym papierze w różowe gwiazdki, który samoistnie przybiera postać paczki. Obok pakującej, na specjalnym stoliku, robot w postaci King Konga demonstruje, co też to on potrafi. Jest to duża czarna małpa, muskularna, włochata, prawdziwsza niż w naturze. Unosi w ramionach półnagą lalkę, która przypomina śpiącą Klarę. Maszeruje, ale nie posuwa się naprzód. Od czasu do czasu odrzuca głowę do tym. Czerwone oczy i otwarty pysk miotają błyskawice. Od matowej czerni sierści, krwawoczerwonego spojrzenia i biednego ciałka, które jest takie białe w jego straszliwych łapskach, wieje prawdziwą grozą. (Dobry Boże, ta praca rzeczywiście zaczyna mi ciążyć... a ta lalka naprawdę przypomina moją Klarę...) 7 Kiedy wracam do siebie, w głowie nadal wędruje mi wielka czarna małpa. A kiedy dzwoni telefon, mam straszne trudności, żeby wydusić przynajmniej "słucham". - Ben? To Luna. - Ben? Wysadzam małego lokatora. O nie! Nie mam ochoty do tego wracać. Nie dziś wieczorem. Odpowiadam ze złością: - Czego się po mnie spodziewasz? Że podpalę lont? Odkłada słuchawkę. Pierwsze, co widzę, kiedy i ja odkładam swoją, to wesoła gęba Juliusza Psa w obramowaniu drzwi. Nie wypuścił swojej piłki przez cały boży dzień. Patrzę na niego złym wzrokiem. Mówię: - Nie dziś wieczorem! Natychmiast wtapia się w dywan. Ja zasypiam. Po godzinie, budząc się, podnoszę słuchawkę interkomu. - Klara? Muszę odetchnąć świeżym powietrzem, przyjdę po kolacji. - Dobrze, Ben. Z twojej Leiki wyszły fantastyczne zdjęcia. Pokażę ci. Juliusz ciągle leży na płask. Zezuje na mnie z wyrazem bolesnego oczekiwania. Ten jakiś inny pan jest dla niego niezrozumiały. Na szczęście rzadko go widuje. Pytam. - Idziemy na spacerek? Zrywa się na cztery łapy. Juliusz zawsze gotowy do wyjścia, zawsze gotowy do powrotu. Pies. Nie tylko w Sklepie zdarzają się wybuchy. W Belleville także. Przez te wszystkie brakujące fasady wzdłuż chodników bulwar wygląda jak bezzębna szczęka. Juliusz wałęsa się z nosem przy ziemi, entuzjastycznie machając ogonem. Nagle przykuca, by na samym środku centralnej alei wznieść okazały pomnik na chwałę psiego powonienia. Potem odchodzi z dziesięć metrów, unosząc wysoko swoje opasłe pupsko, raczej zadowolony z siebie, i nagle nieruchomieje, jakby zapomniał o czymś ważnym. Następnie jak szalony skrobie asfalt tylnymi łapami. Nie jest ani na wysokości swojego gówienka, ani nie robi tego we właściwym kierunku, ale mało go to obchodzi. Juliusz wywiązuje się, czyni to, co do niego należy. Nie jest z nim tak, jak z tą ladą w Sklepie, on ma pamięć. Nawet jeśli jego pamięć już nie pamięta. O sto metrów dalej w bellevillskim zachodzie słońca unosi się jękliwy głos muezzina. Wiem, czym sobie zastępuje minaret. Jest tam małe kwadratowe okno, wywietrznik od sracza albo lufcik od klatki schodowej, między trzecim a czwartym piętrem zmurszałej fasady. Przez chwilę poddaję się melodyjnemu lamentowi tego księdza z dalekich stron. Wyśpiewuje surę, w której jest chyba mowa o malwie i jej świętej łodydze rosnącej wzdłuż nogawki kalesonów Proroka. Słychać w tej surze nieznośny ból wygnania. Po raz pierwszy wraca wspomnienie wypatroszonego trupa ze Sklepu. Później przypomina mi się Luna i wymyślam sobie od drani. Potem znowu flaki mechanika z Courbevoie. Ledwo zdążam oprzeć się o drzewo, żeby tym razem nie rzygnąć. Wolnym krokiem przemierzam bulwar i wchodzę do Kutubii. Juliusz sunie prosto do Hadusza, do kuchni. Na głos muezzina nakładają się dźwięki rozmowy i postukiwania domino. Pełno dymu, niemal wszyscy faceci siedzą przy szklaneczce anyżówki. Brat muzułmanin z okienka będzie miał sporo roboty, jeżeli chce, żeby jego pobratymcy byli w zgodzie z islamem! Na mój widok stary Amar uśmiecha się swoim najszczerszym uśmiechem. Biel jego włosów zawsze mnie zaskakuje. Obchodzi ladę dookoła i bierze mnie w ramiona. - No, synu, jak tam? - W porządku. - A matka? - W porządku. Odpoczywa. W Chalons. - A dzieci? - W porządku. - Nie przyprowadziłeś ich? - Odrabiają lekcje. - A twoja praca? - Jakoś leci! Sadza mnie przy stoliku, jednym ruchem kładzie papierowy obrus; oparty na wyciągniętych rękach o blat, stoi naprzeciwko mnie i uśmiecha się. Pytam: - A ty, Amar, jak tam? - W porządku, dziękuję. - A dzieci? - W porządku, dziękuję. - A twoja żona? Twoja żona Jasmina? - W porządku, dzięki Bogu. - Kiedy jej zrobisz następnego? - Wracam do Algieru w przyszłym tygodniu, żeby jej zrobić ostatniego. Śmiejemy się. Jasmina nieraz odgrywała rolę mojej matki, kiedy byłem mały, a moja własna mama odgrywała swoją rolę gdzie indziej. Amar zajmuje się innymi klientami. Hadusz stawia prz

 

To tylko tagi:
pdf online
free download
pdf do pobrania
ebook za darmo
pobierz za darmo

 

DOSTĘP 24/H

POBIERAJ EBOOKI O DOWOLNEJ PORZE
 

ZA DARMO

BEZ PŁATNOŚCI/ANKIET
 

UPLOAD

Dodaj własny dokument i pozwól pobierać go innym